Głupie reklamach w internetach podrzucają hasło "nadchodzi wiatr zmian". Pomiń reklamę, pewnie, ale coś w tym jest. Od poniedziałku startujemy z nowym.
Tymczasem małe podsumowanie mojego kreatywnego obijania się około majówkowego. Wyjątkowa nadprodukcja makulatury efektem nocnych posiadówek nad "Vogue Accessory".
Skończyłam. Wiem, jestem leniem, powinnam była to zrobić już jakiś czas temu. Plakat festiwalu Kocham Dziwne Kino. Tegoroczna, IV edycja odbędzie się w dniach 7-8 sierpnia, oczywiście w pabianickim kinie Tomi. Więcej o festiwalu, a także różnych dziwnych filmach można przeczytać na blogu Kocham Dziwne Kino.
Niebawem wracam (który to już raz) z w miarę regularnymi (oby!) postami. Może i tutaj się nie udzielałam, ale naprodukowałam w tym czasie całkiem sporo obrazków. Będzie więcej dla miłośników mody, chwilowo odpoczywam od moich hybrydek/makaroników/pędów i spółki.
Najlepsze na koniec. Golden vagina, złotusie cipusie* i nie tylko.
* uprasza się oglądających o powstrzymanie od komentarzy typu "Co ćpiesz, wariatko?". Prezentowane ilustracje nie oznaczają problemów z własna seksualnością, nie są wspomnieniami przebytych chorób wenerycznych, a już na pewno nie są inspirowane Fifty shades of grey. Ma być fun i tyle. Złoty marker na całego!
Okej, przyznaję, zapadłam w zimowy sen. Odłożyłam na bok wszystkie super projekty, których się podjęłam i (uzbrojona w kubek z gorącą herbatą oraz zapas słodyczy) spędziłam styczeń mażąc te same pierdoły, co zwykle. Ale skoro terminy zaczynają mnie gonić, a ludzie ścigać (ups), wracam do roboty. Coś w tym jest, na ostatnią chwilę wszystko najlepiej się rysuje, przyzwyczajenie ze studiów pewnie.
Poniżej garść obrazków z jednego z moich ulubionych szkicowników (tak, prowadzę kilka jednocześnie), którymi teraz będę się chwalić. Jeśli jeszcze nie znudziły się Wam moje hybrydkowe twory, to w najbliższym czasie pojawi się ich tutaj więcej.
Taki tam (w sumie to niedokończony) portret mojej małej Lipcji (czyt. przyjaciółki). Największy dylemat, jak widać, stanowił wybór tekstu do dymka. Stwierdziłam w końcu, że nie będę Marty, ani siebie ośmieszać i zachowam slang tylko dla wtajemniczonych ;)
Po dłuższej przerwie wracam do rysowania na tablecie, muszę się na nowo wprawić. Jutro zaczynam kolejną, oby lepszą (sorry Minionku:*), pracę.
Koniec roku. Chcąc, nie chcąc, czas podsumowań. Przeprowadzka do nowego, pięknego kalendarza, zakreślanie w serduszka ważnych dat, przepisywanie numerków i list. List filmów i seriali do obejrzenia. Ciuchów, na które zapoluję na nadchodzących wyprzedażach. Eventów, w których chcę wziąć udział, czy książek, na które wydam ostatnie pieniądze.
To tyle, bo reszty tego ckliwego posta o nowym etapie w życiu, jednak nie przepiszę. Tym bardziej, że tu podobno miały być obrazki. Prosto z mojego ilustrowanego pamiętnika zapiski okołoświąteczne. Tak na lekko.
A w Nowy Rok wkraczamy z planami, bez postanowień!*
Wszyscy, którzy mnie choć trochę znają, wiedzą, że uwielbiam tatuaże. Może i nie mam ich zbyt wiele, ale z biegiem czasu pewnie kilka obrazków przybędzie na moim ciele. Jakiś czas temu postanowiłam, że kolejny tatuaż będzie nagrodą, którą sprawię sobie po obronie pracy dyplomowej. I tak oto, studia skończone, pewien etap życia zamknięty. I choć wiem, że będę się od tego coraz bardziej oddalać, brnąc w dorosłość z prawdziwego zdarzenia i zmierzając w sobie tylko znanym kierunku nie do końca zbieżnym z moim wykształceniem, zabrałam się za projektowanie nowego printu na moje kochane ciałko. A ponieważ rysunek miałam przemyślany i zaplanowany od dłuższego czasu, pozostało mi tylko przelać to na papier.
Tematyka nie jest przypadkowa- o ile moje dotychczasowe tatuaże, nie skrywają żadnej głębszej idei, tym razem będzie trochę inaczej. Przybory - pędzel, ołówek, cienkopis nawiązują w oczywisty sposób do kierunku moich studiów. Do tego moje ulubione kobiece gadżety, bez których nie mogę funkcjonować - szminka i lakier do paznokci. Tak, wiem, że to infantylne - jestem laską to "se wydziabam błyszczyk" ;) Całość zwieńczą kwiaty - tak dla dekoracji. Najprawdopodobniej róże.
Oczywiście od zrobienia projektu do ostatecznej decyzji - "Robię!", jeszcze długa droga. Będę pewnie dopracowywać projekt przez najbliższe tygodnie, rysując kilkanaście wersji różniących się tylko kilkoma kreskami. Cóż, pod tym względem jestem perfekcjonistką. W końcu to decyzja, której skutki będą mi towarzyszyć do końca życia.
Najtrudniej będzie mi chyba wybrać odpowiedniego tatuatora, którego wyczucie koloru spełni moje oczekiwania. No sorry, jestem malarką (rany, jak to brzmi), mam na to nawet papiery, wiem co mówię. Znacie może kogoś, kto specjalizuje się w kolorowych tatuażach? Mile widziane propozycje z PL. ;)
Na zakończenia bardzo tatuażowa nuta.
In for another kick, my skin gets its fix
My body takes a new form, I'm getting reborn
Yeah, I need my ink injection!
A tymczasem niech pozostanie moją słodka tajemnicą skrawek ciała przeznaczony pod tattoo :)
Ostatnie już (serio, obiecuję) spotkanie z moimi nosorożcami. Ostatnie, ale i najlepsze. W mojej ulubionej, turbokolorowej wersji. Po wydrukowaniu prac w czerni na wystawę, odkryłam na dnie mojej szafki w pracowni sporo dociętego papieru do grafiki i pomyślałam - to nie może się zmarnować! Tym bardziej, że nie wiem kiedy i czy w ogóle będę się jeszcze zajmować grafiką artystyczną.
Wywaliłam na szybę wszystko możliwe farby i zaczęłam kręcić urocze, landrynkowe kolory. potem super zabawa bezpośrednio na matrycy, upaćkane łapki, a na koniec dodatkowy trening ramion sapiąc przy prasie. Myślę, że dla takiego efektu końcowego warto.
Czerwienie, róże, fiolety, błękity - najlepsze, bo najsłodsze. Wiem, że to brzmi infantylnie, w końcu jestem magistrem sztuki, ale co tam. Ładne, kolorowe, jaram się! Cieszą oczy, mam nadzieję, że nie tylko moje.
Na koniec jeszcze kilka kwestii technicznych. Grafika powstała w technice akwaforty, w blasze cynkowo- tytanowej o wymiarach 18,7x23,8.
Na brak wolnego czasu ostatnio nie narzekam i być może to właśnie to przyczyniło się do wkładania coraz większej energii w prowadzenie bloga. Zaczynam powoli go traktować jak swoje dziecko. Przede wszystkim zaczęłam pisać posty, a wcześniej nie przychodziło mi to łatwo, raczej wrzucałam tylko reprodukcje i na tym koniec. Mam nadzieję, że wszyscy którzy tutaj regularnie zaglądają, doceniają moje starania.
Dalej nosorożce. Mała relacja z wernisażu, który odbył się w Galerii Kobro Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Oprócz naszej uczelni wystawa odbyła się również w Lizbonie, Cape Town i Porto Allegre.
Rhino, akwaforta, 2014
Powyżej dwie wersje mojej akwaforty. Na wystawie znalazła się ta z lewej strony, później postanowiłam ją jeszcze trochę dopieścić i co nieco dorysować.
Niestety nie udało mi się zrobić zdjęć rozszalałych tłumów głodnych efektów pracy artystów z różnych stron świata. Pokażę zatem tylko kilka zdjęć z moimi ulubionymi pracami i ten... no... siebie (najgorzej!) oraz część łódzkiej ekipy biorącej udział w wystawie.
A już w weekend kolejna, ostatnia odsłona mojego nosorożca. Najlepsze zostawiam na koniec.
Nie ma to jak dać sobie zrobić zdjęcie z kieliszkiem wina :)
Jakiś czas temu wrzucałam projekt grafiki na międzynarodową wystawę "Rhinos are coming", w której biorą udział studenci i profesorowie 4 uczelni, z Łodzi, Cape Town, Lizbony i Porto Allegre. Do reprezentowania Łodzi zaprosił mnie Prof. Krzysztof Wawrzyniak wraz z asystentką Alicją Habisiak-Matczak, prowadzący Pracownię Technik Wklęsłodrukowych (moją ulubioną <3). Grafika powstała, wernisaż się odbył, gratulacje były, wypadałoby w końcu pochwalić się efektem pracy. Będą zdjęcia z wystawy, pokażę też kilka różnych wersji grafiki, jednak na razie making of.
Przygotowywanie matrycy, a zarazem kryptoreklama jednej z wiodących marek produktów do higieny jamy ustnej. Samoróbki najlepiej, taka sytuacja. Jak w więzieniu. Siedzenie i dłubanie w blasze. Właściwie to w werniksie.
Nadawanie farby. Wcieranie i wycieranie. Turboczerń. Paznokcie do pomalowania na czarno (obowiązkowo).
Super fun na metalu! Kolorowe zwierzątka, czyli co się robi, jak człowiekowi zostanie sporo papieru Fabriano, a w planach nie ma kolejnych grafik do wydrukowania. Szalone printy, tęczowa gaza, mnóstwo paćkania i mega frajda. I mycie rąk 50 razy jednego dnia. Jakby nie patrzeć - do każdego kontaktu z papierem łapki muszą być czyste, a z kolei nadawanie farby w rękawiczkach nie jest jakoś specjalnie wygodne.
Poniżej moja ilustracyjna relacja z jedenastej edycji Fashionphilosophy Fashion Week Poland, w której miałam przyjemność brać udział jako wolontariuszka. Taki mały zapis najciekawszych kolekcji, tekstów i sytuacji towarzyszących nam w Łodzi pod koniec października. Rysowane na szybko, głównie po nocach między kolejnymi dniami eventu.
Jest to też pierwszy post z obrazkami z mojego ilustracyjnego dziennika, który prowadzę od października.